niedziela, 9 grudnia 2012

Tango Libre

Musiałam chociaż kilka zdań napisać o tym filmie i to wcale nie dlatego, że uwielbiam tango. Ta produkcja mnie zachwyciła.
 
Cała historia oparta jest na dość absurdalnym pomyśle, którego nie mogę tutaj zdradzić, ale to właśnie on sprawia, że przez 90 minut trudno opanować się od śmiechu. Wspomnę tylko, że mamy do czynienia z nietuzinkowymi postaciami – Alice, jej mężem oraz kochankiem - którzy przebywają w jednym więzieniu, i więziennym strażnikiem. Oczywiście osią wydarzeń jest tytułowe tango, choć nie ma go przesadnie dużo i często jest bardziej tłem niż głównym wątkiem perypetii mistrzowskiej czwórki.

Frédéric Fonteyne wciąga widza w spiralę absurdu, nie moralizuje, nie stara się na siłę pokazać żadnych pogłębionych relacji, nietypowo buduje napięcie – przy sprawach błahych je rozbudowuje, by odpuszczać przy tematach poważnych. Reżyser często puszcza oko do publiczności i uważny widz na pewno je wyłapie, a wszystko jest podane lekko, smacznie, bez zbędnej przesady i na wysokim poziomie. Nie zawiodą się też wielbiciele tanga argentyńskiego, bo film świetnie oddaje jego charakter, a przy okazji można posłuchać kilku ciekawych utworów. Mi najbardziej przypadły do gustu sceny tańca mężczyzn, w których Fonteyne przypomina o początkach tanga, kiedy mężczyźni tańczyli z mężczyznami.

P.S. Celowo nie zdradziłam zbyt wiele z fabuły, bo opowiedziana brzmi dość banalnie i psuje całą przyjemność z oglądania. To trzeba zobaczyć.

Tango Libre, reżyseria: Frédéric Fonteyne