Musiałam chociaż kilka zdań
napisać o tym filmie i to wcale nie dlatego, że uwielbiam tango. Ta produkcja
mnie zachwyciła.
Cała historia oparta jest na
dość absurdalnym pomyśle, którego nie mogę tutaj zdradzić, ale to właśnie on
sprawia, że przez 90 minut trudno opanować się od śmiechu. Wspomnę tylko, że
mamy do czynienia z nietuzinkowymi postaciami – Alice, jej mężem oraz
kochankiem - którzy przebywają w jednym więzieniu, i więziennym strażnikiem. Oczywiście
osią wydarzeń jest tytułowe tango, choć nie ma go przesadnie dużo i często jest
bardziej tłem niż głównym wątkiem perypetii mistrzowskiej czwórki.
Frédéric Fonteyne wciąga widza w spiralę
absurdu, nie moralizuje, nie stara się na siłę pokazać żadnych pogłębionych
relacji, nietypowo buduje napięcie – przy sprawach błahych je rozbudowuje, by
odpuszczać przy tematach poważnych. Reżyser często puszcza oko do
publiczności i uważny widz na pewno je wyłapie, a wszystko jest podane lekko,
smacznie, bez zbędnej przesady i na wysokim poziomie. Nie zawiodą się też
wielbiciele tanga argentyńskiego, bo film świetnie oddaje jego charakter, a
przy okazji można posłuchać kilku ciekawych utworów. Mi najbardziej przypadły
do gustu sceny tańca mężczyzn, w których Fonteyne przypomina o początkach
tanga, kiedy mężczyźni tańczyli z mężczyznami.
P.S. Celowo nie zdradziłam
zbyt wiele z fabuły, bo opowiedziana brzmi dość banalnie i psuje całą
przyjemność z oglądania. To trzeba zobaczyć.
Tango Libre, reżyseria: Frédéric Fonteyne
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz