wtorek, 28 sierpnia 2012

Sztuka śnienia


Rozmowy ucznia ze swoim mistrzem, które zyskały tłumy sympatyków i skłóciły naukowców. Swoją niezwykłość  zawdzięczają przekazywanej od czasów starożytnych wiedzy zwanej magią, ale również samym rozmówcom, o których pomimo licznych starań wciąż niewiele wiemy.

„Sztuka śnienia” to zaledwie jedna z dwunastu napisanych przez Castanedę książek popularnonaukowych. Z wykształcenia antropolog podczas swoich badań naukowych natrafił na naguala imieniem don Juan Matus, Indianina z plemienia Yaqui, który wprowadził go w tajniki szamanizmu. Castaneda okazał się pojętnym i dociekliwym uczniem, co odmieniło na zawsze jego postrzeganie świata. Doświadczenia z tajemnych nauk jakie otrzymał, szczegółowo opisał w swoich pracach i otrzymał za nie naukowe tytuły, jednak ostatecznie uczelnia mu je odebrała. Wątpliwości w świecie naukowym wzbudziły metody jakie stosował podczas badań – m.in. używał roślin psychodelicznych.

W „Sztuce śnienia” - wraz z jej bohaterem - poznajemy wielość światów, do których można dotrzeć za pomocą specjalnej umiejętności kierowania świadomością podczas snu. To właśnie tego uczy się Castaneda. Dowiaduje się również, że wszyscy ludzie mają w tym samym miejscu swój „punkt połączenia”, dlatego w taki sam sposób widzą naszą materialną rzeczywistość. Tylko ci, którym uda się go przesunąć, mogą podróżować do innych światów, gdzie percepcja ulega zmianie. Wszechświat jest bowiem zbudowany z energii, którą ubieramy w zbiorowe wyobrażenia i jedynie spojrzenie pozbawione wiedzy na temat danych obiektów, może pozwolić na odkrycie ich prawdziwej natury. Rozum jest zaś największym wrogiem takiego poznania. Pokusa podbijania nowych rzeczywistości jest ogromna. Doświadczyli tego starożytni czarownicy i szybko przekonali się, że taka wiedza kosztuje. Wielu wpadło w zastawioną na nich pułapkę. Także Castaneda poznał niebezpieczne oblicze swoich podróży, a don Juan nie był w stanie mu pomóc.

Niezależnie od tego, czy książki Castanedy czyta się jak zwykłą fantastykę, czy traktuje jako zapis faktów, są one inspirującą rozprawą nad ludzką kondycją, uczą alternatywnego spojrzenia na rzeczywistość i tego, że to sam człowiek decyduje o swoim losie. Można również dyskutować, czy sposób zbierania przez Castanedę materiałów badawczych był słuszny, czy porywający i literacki język to dobry wybór dla pracy naukowej, i czy jego powieści zostały napisane tylko dla pieniędzy i sławy czy może z innych powodów. Jednak uważny czytelnik na pewno zauważy, że celem nauk jakie otrzymał Castaneda było wymazanie osobistej historii, co mu się udało. Dzisiaj prawie nic o nim nie wiemy, choć nie żył w odległych czasach, lecz w XX wieku.

Carlos Castaneda, Sztuka śnienia, Rebis

środa, 22 sierpnia 2012

My


Świat za pomocą liczb tłumaczył już Pitagoras, ale rzeczywistość „My” pewnie by go zaskoczyła. Zamiatin stworzył „matematycznie doskonałe Państwo Jedyne”, którego życie stara się opisać jeden z inżynierów-konstruktorów imieniem ∆-503 – alter ego samego autora.

Racjonalny porządek, wobec którego wszyscy są równi, brak prywatności na rzecz bezpieczeństwa, kolektyw zamiast indywidualizmu oraz czujne oko Dobroczyńcy wybieranego w powszechnych, ale nie w tajnych wyborach, to główne punkty Państwa Jedynego. W tym świecie wszystko można opisać za pomocą matematycznego wzoru, zaś wszelkie przejawy emocji, czy tzw. w powieści „duszy”, uważane są za chorobę. Zgodnie z filozofią powyższego systemu jest on najwyższym stadium rozwoju człowieka, które jako jedyne może zapewnić ludzkości pełnię szczęścia w przeciwieństwie do wspominanych ze zgrozą czasów starożytnych, a nam współczesnych, w których panuje trudny do zniesienia chaos. Jednak nawet w tak doskonale zorganizowanym społeczeństwie, które w tym samym czasie pracuje, je czy nawet uprawia seks, istnieją pierwiastki irracjonalne jak pierwiastek z minus jeden. To właśnie one nadają rytm w powieści.

„My” Zamiatina uważane jest za jeden ze wzorów antyutopii w literaturze powszechnej. Powstałą w 1920 roku powieść po raz pierwszy wydano w ZSRR - ojczyźnie pisarza - dopiero w 1988 roku. Wzorował się na niej sam mistrz gatunku George Orwell, choć jego wizja utopijnego społeczeństwa znacznie różni się od tej w „My”. Zamiatin nie odwoływał się do wspólnego wroga, stworzył tylko jedno państwo, nie zbudował reguł nowego języka, choć ten stosowany w powieści jest bardzo charakterystyczny - pozbawiony wszelkich emocji, służy jedynie technicznemu opisowi tego, co namacalne. Taki zabieg nieco utrudnia czytanie, jest jednak potrzebny, by lepiej oddać matematyczny sposób myślenia mieszkańców Jedynego Państwa.

Opisywany świat postrzegamy oczami jego głównego bohatera, który szczerze wierzy w słuszność otaczających go praw do momentu aż na jego drodze stają trzy zupełnie różne od siebie kobiety. To one stanowią czynną stronę fabuły w przeciwieństwie do ∆-503, który jedynie poddaje się ich działaniom. Zamiatin udowadnia, że żadna skrajność nie jest dobra, bo pod warstwą pozorów kryje się brak zrozumienia i poczucie niesprawiedliwości, a każda rewolucja narzuca nowy równie zły porządek.

Eugeniusz Zamiatin, My, Wydawnictwo Alfa

niedziela, 12 sierpnia 2012

Wyższe sfery. Życie Grace Kelly


Gwiazda Grace Kelly wciąż świeci jasno, choć od jej śmierci upłynęło już 30 lat. Nie była typową ulubienicą Hollywoodu. Muza Alfreda Hitchcocka starannie dbała o swoją prywatność i niewiele o niej mówiła, dlatego ta biografia wydaje się być jeszcze cenniejsza, pomimo że kulisy życia aktorki nie zostały do końca odkryte.

Donald Spoto to znany amerykański biograf gwiazd. Jego przyjaźń z Grace Kelly zaczęła się od krótkiego wywiadu, który przedłużył się do kilku godzin, a ich znajomość przetrwała lata.  Przez ten czas dobrze ją poznał i przeprowadził z nią wiele rozmów, których fragmenty właśnie zostały opublikowane. Obraz aktorki, który się z nich wyłania jest pod każdym względem elegancki, momentami wręcz nudny, więc jeśli ktoś liczy na porcję skandali, których bohaterami często stają się gwiazdy Hollywoodu, to się zawiedzie. Być może Spoto wybielił postać księżnej Monako, bo chciał spełnić jej marzenie, które wyraziła w swoim ostatnim wywiadzie, by zapamiętano ją „jako osobę, która coś osiągnęła, dobrą i kochającą”. „Chciałabym pozostawić wspomnienie o człowieku porządnym i pomocnym” – powiedziała wtedy. Jednak to podejrzenie wydaje się niesłuszne, za to z łatwością można zauważyć, że biograf darzył szacunkiem i sympatią swoją bohaterkę.

Grace Kelly została wychowana w bogatej rodzinie, lecz nie należącej do elity Filadelfii. W domu otrzymała rygorystyczne wychowanie. Jej najbliżsi nie wierzyli w talent aktorski Grace, szczególnie ojciec o którego względy bardzo się starała, jednak z marnym skutkiem. Chciała być aktorką teatralną, ale szybko okazało się, że to kamera ją uwielbia i jej kariera potoczyła się w kierunku filmu. Pracowała z najlepszymi a jej nazwisko przyciągało do kin tłumy, ale w Hollywood nie czuła się szczęśliwa. Ślub z księciem Rainierem zakończył jej przygodę z aktorstwem. Miała wtedy 27 lat i rozpoczęła zupełnie inną, życiową rolę – księżnej Monako.

Spoto opisuje Grace Kelly przez pryzmat znanych wszystkim faktów z jej życia. Tego jaka była, co myślała, czego pragnęła można jedynie się domyślać. Amerykański biograf przedstawia jedynie wersję oficjalną, wielu faktów sam się domyśla i rzadziej niż powinien przetacza komentarze Grace. Jednak z tych nielicznych wypowiedzi, przebija  rozdarcie księżnej między tym co powinna, a tym co by chciała, między rodziną i rolą żony księcia a aktorstwem. Wyczuwalna jest w niej tęsknota za graniem w filmach. Prawdziwa Grace Kelly wciąż pozostaje tajemnicą i tylko spojrzenie z czarno-białych zdjęć  zdradza jej wielką wrażliwość. Jej życie na pewno nie było bajką, co sama podkreślała.

Donald Spoto, Wyższe sfery. Życie Grace Kelly, Wydawnictwo Dolnośląskie

niedziela, 5 sierpnia 2012

Kobieta w lustrze

Kiedy czyta się zapowiedź, że powieść dojrzewała w głowie autora przez 15 lat, zwłaszcza tak utytułowanego pisarza jak Eric-Emmanuel Schmitt, zaczyna wymagać się więcej. Niestety „Kobieta w lustrze” nie spełnia oczekiwań.

Schmitt dał się poznać jako badacz ludzkich dusz, sięgający ponad empiryczne poznanie. Tym razem jest całkiem podobnie. Przedstawia nam trzy kobiety żyjące w różnych miejscach i czasach. Anne to renesansowa mistyczka z Brugii wsłuchująca się w rytm przyrody, w której doszukuje się klucza do tajemnicy istnienia.  Hanna to młoda mężatka mieszkająca w Wiedniu czasów Freuda, którego wpływ nie pozostaje bez znaczenia na jej dalsze losy. Ostatnią bohaterką jest aktorka Anny odnosząca liczne sukcesy w Hollywood, żyjąca w plastikowym świecie sztucznych ludzi i wykreowanych na potrzeby show-biznesu wydarzeń. Łączy je chęć lepszego poznania siebie, swoich potrzeb i życie w zgodzie z własnymi zasadami, a nie tymi narzuconymi przez społeczeństwo. To właśnie w nim niczym w lustrze przeglądają się trzy kobiety. Jednak to co widzą, nie spełnia oczekiwań ogółu.

Sam zamysł na książkę byłby ciekawy, gdyby nie papierowość postaci i ich przewidywalność. Schmitt nie pozostawia czytelnikowi ani odrobiny miejsca na domysły, wszystko podając niemalże na tacy. Słowo „inna” odmieniane jest w powieści przez wszystkie przypadki. Nawet tam, gdzie pisarz próbuje wprowadzić nieco tajemnicy, jej rozwiązanie zwyczajnie zawodzi, bo znów prowadzi do dosłowności i jedynie odrobinę posuwa akcję do  przodu, oczywiście w znanym już wszystkim wcześniej kierunku.

Eric-Emmanuel Schmitt, Kobieta w lustrze, Znak