niedziela, 9 grudnia 2012

Tango Libre

Musiałam chociaż kilka zdań napisać o tym filmie i to wcale nie dlatego, że uwielbiam tango. Ta produkcja mnie zachwyciła.
 
Cała historia oparta jest na dość absurdalnym pomyśle, którego nie mogę tutaj zdradzić, ale to właśnie on sprawia, że przez 90 minut trudno opanować się od śmiechu. Wspomnę tylko, że mamy do czynienia z nietuzinkowymi postaciami – Alice, jej mężem oraz kochankiem - którzy przebywają w jednym więzieniu, i więziennym strażnikiem. Oczywiście osią wydarzeń jest tytułowe tango, choć nie ma go przesadnie dużo i często jest bardziej tłem niż głównym wątkiem perypetii mistrzowskiej czwórki.

Frédéric Fonteyne wciąga widza w spiralę absurdu, nie moralizuje, nie stara się na siłę pokazać żadnych pogłębionych relacji, nietypowo buduje napięcie – przy sprawach błahych je rozbudowuje, by odpuszczać przy tematach poważnych. Reżyser często puszcza oko do publiczności i uważny widz na pewno je wyłapie, a wszystko jest podane lekko, smacznie, bez zbędnej przesady i na wysokim poziomie. Nie zawiodą się też wielbiciele tanga argentyńskiego, bo film świetnie oddaje jego charakter, a przy okazji można posłuchać kilku ciekawych utworów. Mi najbardziej przypadły do gustu sceny tańca mężczyzn, w których Fonteyne przypomina o początkach tanga, kiedy mężczyźni tańczyli z mężczyznami.

P.S. Celowo nie zdradziłam zbyt wiele z fabuły, bo opowiedziana brzmi dość banalnie i psuje całą przyjemność z oglądania. To trzeba zobaczyć.

Tango Libre, reżyseria: Frédéric Fonteyne

 

niedziela, 11 listopada 2012

Twórcy pogody

O zmianach klimatu i grożących nam w związku z nimi niebezpieczeństwach słyszał każdy. Ile w tym prawdy? Tim Flannery w przystępny dla każdego sposób tłumaczy, czy jest się czego obawiać i przedstawia współczesne teorie dot. zmian klimatu.


Świat przeszedł już przez dwie bramy klimatyczne (w 1976 oraz 1998 roku). Co to oznacza? Że wielu z dziś zagrożonych gatunków zwierząt i roślin nie uda się już uratować, ale wciąż istnieje szansa dla pozostałych. Nie można jednak pozwolić, by temperatura na Ziemi się podniosła.


Tytułowi twórcy pogody to my sami – ludzie współcześni – i to od naszych codziennych wyborów zależy los i przyszły kształt planety, na której żyjemy.


Flannery nie przecenia nauki, zdaje sobie sprawę, że przewidywanie pogody jest jak wróżenie z kryształowej kuli. Nie jesteśmy w stanie określić wszystkich przyszłych zdarzeń, a świat przyrody wciąż w dużej części pozostaje dla nas zagadką. Jesteśmy jednak mądrzejsi o doświadczenia z przeszłości oraz naukowe badania, które potrafią wskazać związek pomiędzy różnymi wydarzeniami na świecie.


Ziemia w przeszłości przechodziła przez zmiany klimatu od zlodowacenia po pustynnienie. To, dlaczego tak długo (ok. 8000 lat) utrzymuje się tzw. długie lato po erze lodowcowej, wciąż pozostaje zagadką. Ale to właśnie dzięki sprzyjającemu klimatowi powstały pierwsze miasta, rozwinęło się rolnictwo, wykopano pierwsze kanały nawadniające, i w końcu powstała nasza cywilizacja. Podwyższenie lub obniżenie temperatury może doprowadzić do jej zniszczenia. Tymczasem naukowcy dostrzegają w atmosferze niepokojące zmiany, które mogą przyczynić się do otwarcia kolejnej klimatycznej bramy, zza której nie będzie już powrotu.


„Twórcy pogody” to ciekawa analiza ludzkiej historii, pokazanej przez pryzmat zmian klimatu. Napisana w 2005 roku, nie straciła na aktualności. Część zawartych w niej tez się sprawdziło, niektóre okazały się nietrafione, ale główny problem wciąż pozostał nierozwiązany.


Tim Flannery, Twórcy pogody – historia i przyszłe skutki zmian klimatu, Wydawnictwo CKA

niedziela, 23 września 2012

Zapach Adama

Zręcznie utkana intryga z ekologicznym radykalizmem w tle. Tym ciekawsza, że mogłaby wydarzyć się naprawdę.
Wszystko zaczyna się dość niepozornie – laboratorium pełne zwierząt, włamywaczka z puszką farby i kilkoma prozwierzęcymi hasłami, oraz skradziony przecinkowiec cholery. Do tego para uśpionych agentów, byłych kochanków, którzy powracają do zawodu i podążają tropem podejrzanej grupy opowiadającej się po stronie przyrody. Wszystko to tworzy dobrze skrojony kryminał, powoli odkrywający kolejne elementy układanki. Jednak prawdziwą wartością tej książki jest zwrócenie uwagi na niebezpieczne tendencje, które można zauważyć we współczesnym świecie, gdzie pod jednym słowem „ekologia” kryje się wiele, często wykluczających się poglądów. Jak się okazuje nawet najlepsze idee, jeśli przybiorą swoje radykalne formy, mogą prowadzić do nieszczęścia. „Zapach Adama” porusza problem odpowiedzialności za słowa i naukowe dysputy, rodzące się na salach wykładowych, których nigdy nie powinny opuścić. Co się stanie, jeśli znajdzie się grupa szaleńców, chcących zrealizować skrajne teorie?
Francuz Jean-Christophe Rufin, autor „Zapachu Adama”, ma wieloletnie doświadczenie w organizowaniu pomocy humanitarnej, jest m.in. współzałożycielem „Lekarzy bez granic” , brał udział w akcjach uwalniających zakładników. Pozwoliło mu to dobrze poznać problemy krajów Trzeciego Świata, i jak można się domyślić, to właśnie to, co tam zobaczył, skłoniło go do napisania kryminału. Rufin obrazowo przedstawia wyzysk biednych przez bogatych, i pewnie nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie szczególny cynizm i pokrętna logika, które temu towarzyszą. Pod przykrywką dobra ogółu, powstają fatalistyczne teorie, które nie rozwiązują problemu biedy, lecz widzą w nim zagrożenie. Co ma do tego ekologia? Według Rufina może dawać zręczne alibi.

Jean-Christophe Rufin, Zapach Adama, W.A.B.

poniedziałek, 10 września 2012

Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym

Jaka jest prawdziwa cena wypoczynku w egzotycznym zakątku świata, nie dowiemy się z turystycznego katalogu. Jennie Dielemans, szwedzka reporterka, pokazuje drugą stronę „rajskich” wakacji bogatego Zachodu.
Świat jest nasz – pisze Dielemans – i ma na myśli ludzi z globalnej klasy wyższej, których stać na zwiedzanie najróżniejszych miejsc na Ziemi. Im bardziej egzotyczny i dziewiczy jest to region, tym szybciej staje się modnym i chętnie odwiedzanym przez wciąż przybywających „zachodnich turystów”. Na popularności zyskuje nowy sposób podróżowania. Dziś nikt nie chce być zwykłym turystą, lecz podróżnikiem, który odkrywa nowe kultury, co chętnie wykorzystuje przemysł turystyczny. Co to oznacza dla rdzennych mieszkańców? Zanieczyszczenie środowiska, zakaz wstępu na plaże od wieków należące do nich, brak czystej wody litrami wylewanej na kolejne pole golfowe, wzrost prostytucji i poczucie niższości.
Szwedzka dziennikarka krótkimi reportażami z egzotycznych rajów (m.in. Dominikany, Majorki, Meksyku, Tajlandii), obnaża mechanizmy turystycznego przemysłu. Te same hotele, stragany z pamiątkami, szyldy, menu niezależnie od kontynentu czy kraju w jakim się znajdujemy, mają zapewnić nam poczucie bezpieczeństwa. Wczasy all-inclusive zamykają w turystycznych gettach, a jeśli nawet wyjdziemy poza ich mury, nie zobaczymy prawdziwego życia, lecz sceny odegrane zgodnie z oczekiwaniami zwiedzających. Cywilizacja ze swoimi zdobyczami dotarła także do ludów plemiennych, które rezygnują z własnych tradycji na rzecz telewizora czy mikrofalówki. Dielemans rozmawia z tubylcami, poznaje ich problemy i historie. To, co ich łączy, to świadomość szybko następujących zmian wraz z pojawieniem się turystów w ich najbliższym otoczeniu. Po pierwszej euforii i nadziei na lepsze zarobki i życie, następuje rozczarowanie, bo przemysł turystyczny nie jest zainteresowany dbaniem o podbijane raje. Kiedy stracą swoje walory lub zainteresowanie turystów, zostaną zastąpione nowymi.
Podróżujących samolotami jest zaledwie 2,5 % ludzkiej populacji. To głównie oni wpływają na wygląd świata. „Witajcie w raju...” nakłania do zastanowienia się nad prawdziwym kosztem naszych wakacji. Dielemans wyciąga dość pesymistyczne wnioski, ale i temat nie należy do lekkich. Warto przeczytać ku przestrodze.

Jennie Dielemans, Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym, Wydawnictwo Czarne

wtorek, 28 sierpnia 2012

Sztuka śnienia


Rozmowy ucznia ze swoim mistrzem, które zyskały tłumy sympatyków i skłóciły naukowców. Swoją niezwykłość  zawdzięczają przekazywanej od czasów starożytnych wiedzy zwanej magią, ale również samym rozmówcom, o których pomimo licznych starań wciąż niewiele wiemy.

„Sztuka śnienia” to zaledwie jedna z dwunastu napisanych przez Castanedę książek popularnonaukowych. Z wykształcenia antropolog podczas swoich badań naukowych natrafił na naguala imieniem don Juan Matus, Indianina z plemienia Yaqui, który wprowadził go w tajniki szamanizmu. Castaneda okazał się pojętnym i dociekliwym uczniem, co odmieniło na zawsze jego postrzeganie świata. Doświadczenia z tajemnych nauk jakie otrzymał, szczegółowo opisał w swoich pracach i otrzymał za nie naukowe tytuły, jednak ostatecznie uczelnia mu je odebrała. Wątpliwości w świecie naukowym wzbudziły metody jakie stosował podczas badań – m.in. używał roślin psychodelicznych.

W „Sztuce śnienia” - wraz z jej bohaterem - poznajemy wielość światów, do których można dotrzeć za pomocą specjalnej umiejętności kierowania świadomością podczas snu. To właśnie tego uczy się Castaneda. Dowiaduje się również, że wszyscy ludzie mają w tym samym miejscu swój „punkt połączenia”, dlatego w taki sam sposób widzą naszą materialną rzeczywistość. Tylko ci, którym uda się go przesunąć, mogą podróżować do innych światów, gdzie percepcja ulega zmianie. Wszechświat jest bowiem zbudowany z energii, którą ubieramy w zbiorowe wyobrażenia i jedynie spojrzenie pozbawione wiedzy na temat danych obiektów, może pozwolić na odkrycie ich prawdziwej natury. Rozum jest zaś największym wrogiem takiego poznania. Pokusa podbijania nowych rzeczywistości jest ogromna. Doświadczyli tego starożytni czarownicy i szybko przekonali się, że taka wiedza kosztuje. Wielu wpadło w zastawioną na nich pułapkę. Także Castaneda poznał niebezpieczne oblicze swoich podróży, a don Juan nie był w stanie mu pomóc.

Niezależnie od tego, czy książki Castanedy czyta się jak zwykłą fantastykę, czy traktuje jako zapis faktów, są one inspirującą rozprawą nad ludzką kondycją, uczą alternatywnego spojrzenia na rzeczywistość i tego, że to sam człowiek decyduje o swoim losie. Można również dyskutować, czy sposób zbierania przez Castanedę materiałów badawczych był słuszny, czy porywający i literacki język to dobry wybór dla pracy naukowej, i czy jego powieści zostały napisane tylko dla pieniędzy i sławy czy może z innych powodów. Jednak uważny czytelnik na pewno zauważy, że celem nauk jakie otrzymał Castaneda było wymazanie osobistej historii, co mu się udało. Dzisiaj prawie nic o nim nie wiemy, choć nie żył w odległych czasach, lecz w XX wieku.

Carlos Castaneda, Sztuka śnienia, Rebis

środa, 22 sierpnia 2012

My


Świat za pomocą liczb tłumaczył już Pitagoras, ale rzeczywistość „My” pewnie by go zaskoczyła. Zamiatin stworzył „matematycznie doskonałe Państwo Jedyne”, którego życie stara się opisać jeden z inżynierów-konstruktorów imieniem ∆-503 – alter ego samego autora.

Racjonalny porządek, wobec którego wszyscy są równi, brak prywatności na rzecz bezpieczeństwa, kolektyw zamiast indywidualizmu oraz czujne oko Dobroczyńcy wybieranego w powszechnych, ale nie w tajnych wyborach, to główne punkty Państwa Jedynego. W tym świecie wszystko można opisać za pomocą matematycznego wzoru, zaś wszelkie przejawy emocji, czy tzw. w powieści „duszy”, uważane są za chorobę. Zgodnie z filozofią powyższego systemu jest on najwyższym stadium rozwoju człowieka, które jako jedyne może zapewnić ludzkości pełnię szczęścia w przeciwieństwie do wspominanych ze zgrozą czasów starożytnych, a nam współczesnych, w których panuje trudny do zniesienia chaos. Jednak nawet w tak doskonale zorganizowanym społeczeństwie, które w tym samym czasie pracuje, je czy nawet uprawia seks, istnieją pierwiastki irracjonalne jak pierwiastek z minus jeden. To właśnie one nadają rytm w powieści.

„My” Zamiatina uważane jest za jeden ze wzorów antyutopii w literaturze powszechnej. Powstałą w 1920 roku powieść po raz pierwszy wydano w ZSRR - ojczyźnie pisarza - dopiero w 1988 roku. Wzorował się na niej sam mistrz gatunku George Orwell, choć jego wizja utopijnego społeczeństwa znacznie różni się od tej w „My”. Zamiatin nie odwoływał się do wspólnego wroga, stworzył tylko jedno państwo, nie zbudował reguł nowego języka, choć ten stosowany w powieści jest bardzo charakterystyczny - pozbawiony wszelkich emocji, służy jedynie technicznemu opisowi tego, co namacalne. Taki zabieg nieco utrudnia czytanie, jest jednak potrzebny, by lepiej oddać matematyczny sposób myślenia mieszkańców Jedynego Państwa.

Opisywany świat postrzegamy oczami jego głównego bohatera, który szczerze wierzy w słuszność otaczających go praw do momentu aż na jego drodze stają trzy zupełnie różne od siebie kobiety. To one stanowią czynną stronę fabuły w przeciwieństwie do ∆-503, który jedynie poddaje się ich działaniom. Zamiatin udowadnia, że żadna skrajność nie jest dobra, bo pod warstwą pozorów kryje się brak zrozumienia i poczucie niesprawiedliwości, a każda rewolucja narzuca nowy równie zły porządek.

Eugeniusz Zamiatin, My, Wydawnictwo Alfa

niedziela, 12 sierpnia 2012

Wyższe sfery. Życie Grace Kelly


Gwiazda Grace Kelly wciąż świeci jasno, choć od jej śmierci upłynęło już 30 lat. Nie była typową ulubienicą Hollywoodu. Muza Alfreda Hitchcocka starannie dbała o swoją prywatność i niewiele o niej mówiła, dlatego ta biografia wydaje się być jeszcze cenniejsza, pomimo że kulisy życia aktorki nie zostały do końca odkryte.

Donald Spoto to znany amerykański biograf gwiazd. Jego przyjaźń z Grace Kelly zaczęła się od krótkiego wywiadu, który przedłużył się do kilku godzin, a ich znajomość przetrwała lata.  Przez ten czas dobrze ją poznał i przeprowadził z nią wiele rozmów, których fragmenty właśnie zostały opublikowane. Obraz aktorki, który się z nich wyłania jest pod każdym względem elegancki, momentami wręcz nudny, więc jeśli ktoś liczy na porcję skandali, których bohaterami często stają się gwiazdy Hollywoodu, to się zawiedzie. Być może Spoto wybielił postać księżnej Monako, bo chciał spełnić jej marzenie, które wyraziła w swoim ostatnim wywiadzie, by zapamiętano ją „jako osobę, która coś osiągnęła, dobrą i kochającą”. „Chciałabym pozostawić wspomnienie o człowieku porządnym i pomocnym” – powiedziała wtedy. Jednak to podejrzenie wydaje się niesłuszne, za to z łatwością można zauważyć, że biograf darzył szacunkiem i sympatią swoją bohaterkę.

Grace Kelly została wychowana w bogatej rodzinie, lecz nie należącej do elity Filadelfii. W domu otrzymała rygorystyczne wychowanie. Jej najbliżsi nie wierzyli w talent aktorski Grace, szczególnie ojciec o którego względy bardzo się starała, jednak z marnym skutkiem. Chciała być aktorką teatralną, ale szybko okazało się, że to kamera ją uwielbia i jej kariera potoczyła się w kierunku filmu. Pracowała z najlepszymi a jej nazwisko przyciągało do kin tłumy, ale w Hollywood nie czuła się szczęśliwa. Ślub z księciem Rainierem zakończył jej przygodę z aktorstwem. Miała wtedy 27 lat i rozpoczęła zupełnie inną, życiową rolę – księżnej Monako.

Spoto opisuje Grace Kelly przez pryzmat znanych wszystkim faktów z jej życia. Tego jaka była, co myślała, czego pragnęła można jedynie się domyślać. Amerykański biograf przedstawia jedynie wersję oficjalną, wielu faktów sam się domyśla i rzadziej niż powinien przetacza komentarze Grace. Jednak z tych nielicznych wypowiedzi, przebija  rozdarcie księżnej między tym co powinna, a tym co by chciała, między rodziną i rolą żony księcia a aktorstwem. Wyczuwalna jest w niej tęsknota za graniem w filmach. Prawdziwa Grace Kelly wciąż pozostaje tajemnicą i tylko spojrzenie z czarno-białych zdjęć  zdradza jej wielką wrażliwość. Jej życie na pewno nie było bajką, co sama podkreślała.

Donald Spoto, Wyższe sfery. Życie Grace Kelly, Wydawnictwo Dolnośląskie

niedziela, 5 sierpnia 2012

Kobieta w lustrze

Kiedy czyta się zapowiedź, że powieść dojrzewała w głowie autora przez 15 lat, zwłaszcza tak utytułowanego pisarza jak Eric-Emmanuel Schmitt, zaczyna wymagać się więcej. Niestety „Kobieta w lustrze” nie spełnia oczekiwań.

Schmitt dał się poznać jako badacz ludzkich dusz, sięgający ponad empiryczne poznanie. Tym razem jest całkiem podobnie. Przedstawia nam trzy kobiety żyjące w różnych miejscach i czasach. Anne to renesansowa mistyczka z Brugii wsłuchująca się w rytm przyrody, w której doszukuje się klucza do tajemnicy istnienia.  Hanna to młoda mężatka mieszkająca w Wiedniu czasów Freuda, którego wpływ nie pozostaje bez znaczenia na jej dalsze losy. Ostatnią bohaterką jest aktorka Anny odnosząca liczne sukcesy w Hollywood, żyjąca w plastikowym świecie sztucznych ludzi i wykreowanych na potrzeby show-biznesu wydarzeń. Łączy je chęć lepszego poznania siebie, swoich potrzeb i życie w zgodzie z własnymi zasadami, a nie tymi narzuconymi przez społeczeństwo. To właśnie w nim niczym w lustrze przeglądają się trzy kobiety. Jednak to co widzą, nie spełnia oczekiwań ogółu.

Sam zamysł na książkę byłby ciekawy, gdyby nie papierowość postaci i ich przewidywalność. Schmitt nie pozostawia czytelnikowi ani odrobiny miejsca na domysły, wszystko podając niemalże na tacy. Słowo „inna” odmieniane jest w powieści przez wszystkie przypadki. Nawet tam, gdzie pisarz próbuje wprowadzić nieco tajemnicy, jej rozwiązanie zwyczajnie zawodzi, bo znów prowadzi do dosłowności i jedynie odrobinę posuwa akcję do  przodu, oczywiście w znanym już wszystkim wcześniej kierunku.

Eric-Emmanuel Schmitt, Kobieta w lustrze, Znak

poniedziałek, 30 lipca 2012

Ja, Phoolan Devi, królowa bandytów

Wstrząsająca biografia niezwykłej kobiety. Phoolan Devi w Indiach przez jednych postrzegana jest jako wcielenie wojowniczej hinduskiej bogini Durgi, przez innych jako znienawidzona bandytka, która uczestniczyła w największej masakrze ludności dokonanej przez dakoitów w Indiach. W 1996 roku została wybrana deputowaną do indyjskiego parlamentu. Wokół jej osoby narosło wiele legend, dlatego postanowiła sama opowiedzieć swoją historię.  

Phoolan Devi od dziecka była buntowniczką. Nie chciała zgodzić się na niesprawiedliwość męskiego świata, w którym przyszło jej żyć. Jej niską społeczną pozycję warunkowało nie tylko urodzenie w jednej z najniższych kast, ale również, a może przede wszystkim to, że była kobietą. Nieszczęśliwe małżeństwo w wieku 11 lat z o wiele od niej starszym sadystą, społeczny ostracyzm, a także tortury i brutalne gwałty zamiast pomocy ze strony policji, zaprowadziły ją na drogę bandytyzmu. Wcześniej bez męskiego opiekuna była nikim, własnością wszystkich mężczyzn. Jako przywódczyni bandy dakoitów budziła strach i szacunek, stała się mścicielką i obrończynią krzywdzonych kobiet.
Brzmi to jak zwykła bajka, jednak nie ma tu miejsca ani na bajki ani na szczęśliwe zakończenie. Jest za to kobieta, która wymyka się moralnym ocenom, symbol rodzącej się w Indiach emancypacji kobiet. Phoolan Devi walkę o własne prawa, godność i człowieczeństwo musiała stoczyć poza systemem prawnym.  Jej życie i historia nadały rozgłos problemowi podziałów kastowych oraz niskiej pozycji kobiet w Indiach. Buntowniczy charakter „królowej bandytów” i brak zgody na niesprawiedliwość, sprowadził na nią jedynie kolejne nieszczęścia, czego zwieńczeniem był udany zamach na jej życie.

Phoolan Devi; Ja, Phoolan Devi, królowa bandytów, TENTEN

niedziela, 29 lipca 2012

Zapach cedru

To powieść dość trudna w odbiorze ze względu na dużą emocjonalność i zawiesistą atmosferę nieszczęścia, które wciąż spada na kanadyjską rodzinę Pipperów.  Ann-Marie McDonald snuje swą opowieść misternie dodając wciąż nowe wątki, przeplata je historycznymi wydarzeniami, snami i wspomnieniami, które zgrabnie łączy na końcu. To właśnie ostatnie kartki książki w pełni ukazują obraz, który wcześniej można oglądać jedynie w częściach często błędnie oceniając motywacje i postępki przewijających się po stronach postaci. Zadania nie ułatwia zachwiana chronologia.

„Zapach cedru” to saga rodzinna rozpoczynająca się pod koniec XIX i kończąca w wieku XX. Jej głównymi bohaterkami są kobiety, które na tle otaczającej je społeczności wyróżniają się jak kolorowe ptaki. Katarzyna piękna i utalentowana śpiewaczka, Franciszka niepokorna i żyjąca w cieniu uczynku, którego nawet dobrze nie pamięta, Mercedes zawsze odpowiedzialna i gorliwa chrześcijanka, Lilia córka Katarzyny i Materia, która dała początek rodowi, żyją z piętnem dysfunkcyjnej rodziny i jej tajemnic otulonych zapachem cedru. Każda na własny sposób stara się walczyć z otaczającym je złem i tłumaczyć świat. W jednych budzi się chęć niezależności, decydowania o sobie i swoim wyglądzie, inne pozostają zamknięte w pułapce tradycji i społecznych oczekiwań. Razem tworzą skomplikowany obraz, który na długo pozostaje w pamięci.
Debiut kanadyjskiej pisarki można uznać za udany, choć denerwują dłużyzny i pewna sztuczność w nadmiernym kreowaniu nieszczęść. Trzeba jednak przyznać, że McDonald choć opisuje liczne okrucieństwa (pedofilię, gwałt, brak miłości do własnych dzieci, przemoc) robi to bardzo subtelnie za pomocą niedopowiedzeń i zarysów scen, bez epatowania brutalnością, której jedynie się domyślamy.  Jej mocną stroną jest również plastyczny język i wiarygodna psychologicznie analiza bohaterów. To właśnie oni powodują, że granice dobra i zła szybko się zacierają, a pytania nie otrzymują prostych odpowiedzi.

Ann-Marie McDonald, Zapach cedru, Świat Książki